Wszystko co dobre szybko się kończy, a urlop kończy się chyba najszybciej. Dwa tygodnie wolnego minęło błyskawicznie i czas wracać do codziennych obowiązków. Sięgam pamięcią wstecz i nie mogę sobie przypomnieć co dokładnie wydarzyło się przez ten czas. Do głowy przychodzą mi dwie rzeczy. Pierwsza z nich to cały dzień spędzony w wodzie po szyje na podnoszeniu o 20cm kładki na działce w Lubikowie. Na szczęście było ciepło i nie marzliśmy w wodzie, a zimne piwko i kiełbaska z grilla dodawała nam sił. Druga rzecz to weselisko Aliny i Arka. Piątek to ostatnie zakupy i strojenie sali, w sobotę jedna wielka bieganina i cała impreza. Przyznam się, że drugi raz w życiu udało mi się ‘zamknąć’ taka imprezę – pierwszą na własnym weselu i teraz razem z teściem i z Iwoną zjechaliśmy do domu ostatni. Fajna orkiestra, super żarcie i imprezowe towarzystwo sprawiły, że bawiliśmy się do białego rana – przyznaję, że mam dziury w pamięci i kilku rzeczy nie kojarzę, między innymi takich jak tort weselny. Dopiero na niedzielnych poprawinach zorientowałem się, że był, ale co robiłem jak go wwozili na salę to nie mam zielonego pojęcia.
Co robiliśmy w pozostałe dni nie mogę sobie przypomnieć, najważniejsze, że udało się trochę odpocząć i nabrać nowych sił. Nie pozostaje mi teraz nic innego jak czekać na kolejny urlop.
Szczecińskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami rozpoczęło innowacyjny program Spacerowicz. Działa to jak “wypożyczalnia” psów. Na pomysł wpadła Marita Jurczyk, wolontariuszka szczecińskiego oddziału TOZ.
Mam nadzieję, że akcja nie okaże się wielkim niewypałem i znajdzie się w naszym mieście grono miłośników zwierząt, którzy choć w ten sposób pochylą się nad ich losem.
Wszyscy zainteresowani akcją i chętni na spacerek z czworonogiem mogą zgłaszać się do siedziby TOZ-u przy al. Wojska Polskiego 198a w dni powszednie w godz. 9-19 i w soboty od 10 do 16.
Wyjazd nad morze planowaliśmy już wcześniej i w ten piątek udało się go zrealizować. Z samego rana zapakowaliśmy foczkę i ruszyliśmy do Dziwnowa, gdzie przez wakacje dorabia wujek Przemek i ciocia Asia. Na miejscu byliśmy już po godzinie – w sumie nie spodziewałem się, że uda nam się dojechać tak szybko. Mając cały czas w pamięci nasze ostatnie przygody liczyłem na dłuższą jazdę i oczekiwanie w korkach. Na szczęście o tej porze ruch był znikomy i kolejne kilometry zostawały za nami. Na miejscu, jak to w sezonie ciężko było znaleźć wolne miejsce, do parkowania, ale po kilku minutach ‘kołowania’ udało nam się trafić miejscówkę niedaleko zejścia na plażę. Mała wciągnęła jeszcze tylko trochę mleka przed pierwszym w jej życiu spotkaniem z tak wielką wanną i po chwili byliśmy już na plaży.
Sobotnia pogoda jednoznacznie dawała do zrozumienia jak spędzić dzisiejszy dzień. Jak tylko Martyna skończyła poranną drzemkę i zjadła drugie śniadanie ruszyliśmy nad Lubikowo, gdzie czekały na nas przygotowane wcześniej smakołyki. Obżarstwu nie było końca. Niestety woda była za zimna, żeby się w niej zamoczyć a może to moje stare kości inaczej już odbierają temperaturę wody