Zdecydowaliśmy się dziś skorzystać z ostatnich słonecznych dni lata i całą rodzinką wybraliśmy się na spacerek nad jezioro Miedwie. Pogoda dopisała więc do domu wróciliśmy późnym popołudniem. Widać, że sezon urlopowy już się skończył bo praktycznie wszystkie budki i atrakcje dla plażowiczów były już pozamykane. To akurat dla nas było dużym udogodnieniem, bo nie musieliśmy przeciskać się między tłumem spacerowiczów.
Od kilku dni Martynka siedzi już sama. Nie są to długie posiedzenia, ale z dnia na dzień idzie jej lepiej i widać, że przychodzi jej to o wiele łatwiej. Poniżej zdjęcie z pierwszych prób samodzielnego siedzenia.
Wszystko co dobre szybko się kończy, a urlop kończy się chyba najszybciej. Dwa tygodnie wolnego minęło błyskawicznie i czas wracać do codziennych obowiązków. Sięgam pamięcią wstecz i nie mogę sobie przypomnieć co dokładnie wydarzyło się przez ten czas. Do głowy przychodzą mi dwie rzeczy. Pierwsza z nich to cały dzień spędzony w wodzie po szyje na podnoszeniu o 20cm kładki na działce w Lubikowie. Na szczęście było ciepło i nie marzliśmy w wodzie, a zimne piwko i kiełbaska z grilla dodawała nam sił. Druga rzecz to weselisko Aliny i Arka. Piątek to ostatnie zakupy i strojenie sali, w sobotę jedna wielka bieganina i cała impreza. Przyznam się, że drugi raz w życiu udało mi się ‘zamknąć’ taka imprezę – pierwszą na własnym weselu i teraz razem z teściem i z Iwoną zjechaliśmy do domu ostatni. Fajna orkiestra, super żarcie i imprezowe towarzystwo sprawiły, że bawiliśmy się do białego rana – przyznaję, że mam dziury w pamięci i kilku rzeczy nie kojarzę, między innymi takich jak tort weselny. Dopiero na niedzielnych poprawinach zorientowałem się, że był, ale co robiłem jak go wwozili na salę to nie mam zielonego pojęcia.
Co robiliśmy w pozostałe dni nie mogę sobie przypomnieć, najważniejsze, że udało się trochę odpocząć i nabrać nowych sił. Nie pozostaje mi teraz nic innego jak czekać na kolejny urlop.
Wyjazd nad morze planowaliśmy już wcześniej i w ten piątek udało się go zrealizować. Z samego rana zapakowaliśmy foczkę i ruszyliśmy do Dziwnowa, gdzie przez wakacje dorabia wujek Przemek i ciocia Asia. Na miejscu byliśmy już po godzinie – w sumie nie spodziewałem się, że uda nam się dojechać tak szybko. Mając cały czas w pamięci nasze ostatnie przygody liczyłem na dłuższą jazdę i oczekiwanie w korkach. Na szczęście o tej porze ruch był znikomy i kolejne kilometry zostawały za nami. Na miejscu, jak to w sezonie ciężko było znaleźć wolne miejsce, do parkowania, ale po kilku minutach ‘kołowania’ udało nam się trafić miejscówkę niedaleko zejścia na plażę. Mała wciągnęła jeszcze tylko trochę mleka przed pierwszym w jej życiu spotkaniem z tak wielką wanną i po chwili byliśmy już na plaży.
Sobotnia pogoda jednoznacznie dawała do zrozumienia jak spędzić dzisiejszy dzień. Jak tylko Martyna skończyła poranną drzemkę i zjadła drugie śniadanie ruszyliśmy nad Lubikowo, gdzie czekały na nas przygotowane wcześniej smakołyki. Obżarstwu nie było końca. Niestety woda była za zimna, żeby się w niej zamoczyć a może to moje stare kości inaczej już odbierają temperaturę wody
Już wcześniej zaplanowaliśmy, że pojedziemy do rodziców i tak też zrobiliśmy. W piątkowe popołudnie zapakowaliśmy naszą foczkę po dach (spociłem się przy tym niemiłosiernie) i ruszyliśmy w drogę. Ponieważ krajowa 3 w sezonie wakacyjnym jest zapchana przez wczasowiczów jadących nad nasze polskie morze, a dodatkowo w kilku miejscach jest remontowana i łączona z budowana S3 (obwodnica Gorzowa Wlkp.), żeby uniknąć korków wybraliśmy inna trasę. Zaplanowałem trasę w nawigacji i ruszyliśmy w drogę do Bledzewa przez Stargard Szczeciński -> Przelewice -> Barlinek -> Gorzów Wlkp. I tu wielki minus dla nawigacji, a przede wszystkim dla mnie. W piątek nauczyłem się, że trasę należy planować odpowiednio wcześniej wraz z jej wnikliwą analizą. Nie pytajcie jak wyglądała nasza trasa. To że straciliśmy w Stargardzie Szczecińskim ponad 40 minut przez korki to mały pikuś. Nawigacja wyznaczyła trasę przez drogi gruntowe i polne, a że byliśmy już stosunkowo daleko żeby zawracać przedzieraliśmy się przez kilkaset metrów czymś, co nigdy nie przypominało drogi. Na szczęście był to krótki i jedyny taki odcinek trasy. Gdy dojechaliśmy do celu, po niespełna trzech godzinach (jak na nową trasę i takie przygody to i tak niezły wynik) zgodnie stwierdziliśmy, że nie pojedziemy więcej tą trasą.
Martyna nie daje za wygraną i z uporem pcha się do komputera. Podobają jej się chyba migające przed oczami obrazki, możliwość postukania, a w zasadzie to uderzania po klawiaturze i kto ją wie co tam jeszcze? Mam tylko nadzieję, że nie trzeba będzie ustalać grafika lub kupować kolejnej maszynki. Ciekawe po kim to odziedziczyła? Hhmmm, po tacie? Zresztą zobaczcie sami jak nasz maluch polubił bezduszną maszynę.