W każdy poniedziałek i czwartek ruszamy z młodą na Rytmikę, gdzie ma okazję przebywać w otoczeniu innych dzieci. Jak tylko z rana usłyszy, że idziemy do dzieci to przez cały dzień potrafi chodzić i nawijać o tym na okrągło – aż głowa boli. Nic innego już się nie liczy i nic nie daje takiej radości jak zabawy z Panią i innymi dziećmi.
Na dzisiejszej rytmice udało nam się wspólnymi siłami stworzyć jeżyka. Tata trochę pomagał, ale i tak większość roboty spadła na małe, sprytne rączki Martynki. Trzeba było widzieć jej minę gdy z wielką uwagą nabijała kolejne listki na kolce jeżyka. Oczywiście, nie obyło się bez ukłuć – jak to przy kontakcie z jeżami bywa, ale i tak zabawa była przednia.
Porządkując ostatnio szafę znalazłem starego CANON’a, z kliszą, na której było jeszcze kilka wolnych klatek. Szybko je wypstrykaliśmy i zastanawiamy się co jeszcze może być na tych zdjęciach, bo pierwsze fotki zrobione były pewnie dobre kilka lat temu.
Mam nadzieję, że w fotolabach nie wyśmieją mnie, że przychodzę do nich z czymś takim.
Wybraliśmy się w końcu z Martynką do ZOO w Ueckermünde. Godzinka spokojnej jazdy samochodem po równych, niemieckich drogach i byliśmy na miejscu. Nie wiem jak tambylcy to robią, ale ich wioski wyglądają super. Wszystko ładnie sprzątnięte, odmalowane, odrestaurowane, aż chce się tam wracać. Po drodze zaliczyliśmy małe urwanie chmury, ale na miejscu na szczęście było już słonecznie. Kilka kilometrów przed punktem docelowym młoda zasnęła, więc musieliśmy chwile poczekać w samochodzie aż skończy swoją drzemkę. Na szczęście nie spała długo – przestało bujać samochodem to i drzemka była krótka.
Już na samym początku Martynie spodobały się kaczki i flamingi i nie chciała iść dalej. Dopiero kilkuminutowe namowy i potwierdzenie, że dalej czeka na nas lew – gwóźdź programu, pozwoliło nam ruszyć się z miejsca. Młoda z zachwytem patrzyła na kolejne gatunki zwierząt, które wcześniej widziała tylko na obrazkach lub zdjęciach – a teraz ma je wszystkie na wyciągnięcie ręki. Dużym plusem obiektu jest możliwość karmienia zwierząt karmą, którą można kupić za symboliczne 1€. Odpowiednie automaty rozstawione są co kilkanaście kroków, co umożliwia częste uzupełnianie szybko znikającego pokarmu. Całej naszej trójce strasznie spodobało się jak zwierzątka jadły nam z rąk.
Po całym dniu spędzonym w ZOO stwierdzam, że Martynie najbardziej podobał się plac zabaw z ogromną zjeżdżalnią i możliwość karmienia zwierząt. Zwłaszcza kozy, które były na tyle bezczelne, że same pchały się po żarcie i przepychały jedna przez drugą, podobały jej się najbardziej.
Koniecznie musimy powtórzyć wycieczkę do ZOO w przyszłym roku.
Analizując rozkład temperatur w poprzednich latach, tegoroczny urlop zaplanowaliśmy na sierpień. Okazało się jednak, że analizy poprzednich lat i aktualne prognozy to dwie zupełnie inne bajki. Zamiast upałów, które nękały nas w lipcu cieszyliśmy się z każdego dnia, w którym nie padało. Ot taka złośliwość losu. Na szczęście znalazło się też kilka słonecznych i ciepłych dni, które wykorzystaliśmy na odpoczynek. Tradycyjnie już wybraliśmy się w okolice Niechorza, do oddalonej o kilka kilometrów od morza stadniny koni – Rancho Zenobia. Z małym dzieckiem człowiek się nie wyśpi, bo pobudka o 6:15, ale i tak miło wspominamy te kilka wolnych dni spędzonych razem.
Podczas weekendowego wyjazdu na wieś wybraliśmy się na krótki spacerek. Dzięki wskazówkom gospodyni udało nam się zlokalizować pole udekorowane chabrami. Poniżej kilka fotek z wycieczki.
Pogoda za oknem w końcu dopisuje, czas więc wyciągnąć jednoślad z garażu i ruszyć na rowerowe szlaki. Sprzęt rowerowy zakupiony i dopasowany – pozostaje mi tylko wierzyć, że starczy nam sił i chęci na rowerowe wycieczki.
Tegoroczny wyjazd firmowy obfitował w wiele atrakcji. Jedną z nich był mecz piłki wodnej w strugach deszczu. Przyznaję, że zabawa była przednia i chętnie stanę do rewanżu.